najbardziej w życiu mnie rani niesprawiedliwość. Rzadko płakałam od boli fizycznej, ale to, kiedy nie możesz nic zrobić z tym na co nie zasługujesz.
Zaczęło się od tego, że widziałam ile pracują i robią moje rodzice dla dzieci w szkole, a na śniadanie obiady i kolacje często nie było nic oprócz herbaty i kawałka chleba. Pamiętam raz w pierwszy dzień w nowej szkole poszłam w starych trampkach, bo nie było kasy. Wszyscy byli uroczyście ubrani, a ja chowałam dziurkę na dużym palcu butów. Tyle razy w myślach pisałam listy na telewizje, do prezydenta, ale nigdy nie zdecydowałam się niczego wysłać. Wujek obiecał sprzedać dom w Kazachstanie i przyjechać do nas, ale zamiast tego znalazł sobie kobiete i zostawił moich rodziców z dwójką dzieci bez niczego. Pomijając, że tyle rzeczy tak i zostało tam.
Podczas bycia studentką rodzice ledwo co mogli mnie pomoc z opłatą za akademik. Jeden raz mama powiedziała, że dają mnie trochę więcej, mama mojej koleżanki ze studiów poprosiła przekazać dla jej córki pieniądze też. Byłam szczęsliwa póki nie ukradli mojej torebki z całą kasą i dokumentami. A w policji zamiast pomocy zaproponowali mnie piwo a kierownik dobierał się do mnie, próbując wykorzystać mój stan. Zostałam bez niczego i musiałam pracować w nocy w piekarni,żeby jakoś zarobić pieniądze, ktore zgubilam. Na uczelni powiedzieli, że to moje problemy i jak nie wróce do polski na lekcję to mnie wyrzucą.
Kiedy rok później całe lato pracowałam i udało się nazbierać trochę kasy, to znów mnie skradziono wszystko co zarobiłam. Wiedziałam kto to zrobił, ale nikt mnie nie pomógł. W policje i tak już nie wierzyłam, a obok nie było żadnej zaufanej osoby. Tylko sąsiad próbował mnie upić i zgwałcić.
W końcu poradziłam sobie z tym wszystkim. Zdarzyło się przecierz i dużo dobrych cudownych rzeczy, tylko ta niesprawiedliwość zostawiła blizny gdzieś w środku, które nie dają mnie spokoju.
Kiedy wyszłam zamąż myślałam, że koniec z samotnością, że nie będę musiała teraz być w trudnych chwilach sama, że nie będę musiała nosić ciężkich zakupów ze sklepu czy walizek.
Teraz, w tym roku wszystko się rozwaliło. Może to moja wina i napewno coś popsułam sama. Ale jest mi już wszystko jedno. W marcu umarł tata. Nie widziałam go przed śmiercią, umarł sam w reanimacji i nikt z rodziny nie był przy nim. Tyle razy przed jego śmiercią myślałam, żeby zadzwonić do niego, ale tak ani razu nie zadzwoniłam. I jest tak ciężko i nie wiem jak długo jeszcze będzie ciężko. Mówią, że on zawsze obok, tylko ja nie czuję. Nie ma go i nigdy już nie zobaczę jak się ciesze, kiedy przyjeżdżam, jak martwi się, co zrobić mnie na obiad, bo nie jem mięsa, a on tak lubię to gotować, jak się uśmiecha, jak jest dumny, że przywiozłam nowe rysunki, albo jak denerwuje się, że narobiłam głupie błędy. Mogłam go ocalić. Zaniedbałam to i to moja wina. Tylk ojuż za późno coś zmieniać.
Zbyt szybko wróciłam później do zwykłego życia, mówiłam wszystkim, że jest w porządku, że dam rady, ale tak nigdy i nie porozmawiałam z nikim o tym, nie wypłakałam tego na tyle,żeby się pogodzić. Zamiast tego rozwaliłam związek. Zamknełam ten ból w środku i próbowałam się zapomnieć w pracy i w studiach. Miałam nadzieję, że znajdzie się osoba, która pomoże mnie ten ból wydobyć, ale nigdy nie miałam odwagi prosić o to. Zawsze walczyłam sama z problemami i wolałam pomagać innym niż sobie, ponieważ w sytuacjach kryzysowych tyle razy próbowali mnie wykorzystać.
Teraz znów jestem sama. W mieście, gdzie jest dużo dobrych ludzi, ale nikt do mnie nie przyjdzie. Jestem tu obca. Teraz nie chcę już nic. Nie wychodzę z domu, niszczę siebie w nadzieje, że jak feniks powstanę z popiołu, a może nie.
Na razie jest pustka w głowie i serce wypełnione bólem. Nie ma tam miejsca na nic innego i nie wiem jak się pozbyć tego.
Zaczęło się od tego, że widziałam ile pracują i robią moje rodzice dla dzieci w szkole, a na śniadanie obiady i kolacje często nie było nic oprócz herbaty i kawałka chleba. Pamiętam raz w pierwszy dzień w nowej szkole poszłam w starych trampkach, bo nie było kasy. Wszyscy byli uroczyście ubrani, a ja chowałam dziurkę na dużym palcu butów. Tyle razy w myślach pisałam listy na telewizje, do prezydenta, ale nigdy nie zdecydowałam się niczego wysłać. Wujek obiecał sprzedać dom w Kazachstanie i przyjechać do nas, ale zamiast tego znalazł sobie kobiete i zostawił moich rodziców z dwójką dzieci bez niczego. Pomijając, że tyle rzeczy tak i zostało tam.
Podczas bycia studentką rodzice ledwo co mogli mnie pomoc z opłatą za akademik. Jeden raz mama powiedziała, że dają mnie trochę więcej, mama mojej koleżanki ze studiów poprosiła przekazać dla jej córki pieniądze też. Byłam szczęsliwa póki nie ukradli mojej torebki z całą kasą i dokumentami. A w policji zamiast pomocy zaproponowali mnie piwo a kierownik dobierał się do mnie, próbując wykorzystać mój stan. Zostałam bez niczego i musiałam pracować w nocy w piekarni,żeby jakoś zarobić pieniądze, ktore zgubilam. Na uczelni powiedzieli, że to moje problemy i jak nie wróce do polski na lekcję to mnie wyrzucą.
Kiedy rok później całe lato pracowałam i udało się nazbierać trochę kasy, to znów mnie skradziono wszystko co zarobiłam. Wiedziałam kto to zrobił, ale nikt mnie nie pomógł. W policje i tak już nie wierzyłam, a obok nie było żadnej zaufanej osoby. Tylko sąsiad próbował mnie upić i zgwałcić.
W końcu poradziłam sobie z tym wszystkim. Zdarzyło się przecierz i dużo dobrych cudownych rzeczy, tylko ta niesprawiedliwość zostawiła blizny gdzieś w środku, które nie dają mnie spokoju.
Kiedy wyszłam zamąż myślałam, że koniec z samotnością, że nie będę musiała teraz być w trudnych chwilach sama, że nie będę musiała nosić ciężkich zakupów ze sklepu czy walizek.
Teraz, w tym roku wszystko się rozwaliło. Może to moja wina i napewno coś popsułam sama. Ale jest mi już wszystko jedno. W marcu umarł tata. Nie widziałam go przed śmiercią, umarł sam w reanimacji i nikt z rodziny nie był przy nim. Tyle razy przed jego śmiercią myślałam, żeby zadzwonić do niego, ale tak ani razu nie zadzwoniłam. I jest tak ciężko i nie wiem jak długo jeszcze będzie ciężko. Mówią, że on zawsze obok, tylko ja nie czuję. Nie ma go i nigdy już nie zobaczę jak się ciesze, kiedy przyjeżdżam, jak martwi się, co zrobić mnie na obiad, bo nie jem mięsa, a on tak lubię to gotować, jak się uśmiecha, jak jest dumny, że przywiozłam nowe rysunki, albo jak denerwuje się, że narobiłam głupie błędy. Mogłam go ocalić. Zaniedbałam to i to moja wina. Tylk ojuż za późno coś zmieniać.
Zbyt szybko wróciłam później do zwykłego życia, mówiłam wszystkim, że jest w porządku, że dam rady, ale tak nigdy i nie porozmawiałam z nikim o tym, nie wypłakałam tego na tyle,żeby się pogodzić. Zamiast tego rozwaliłam związek. Zamknełam ten ból w środku i próbowałam się zapomnieć w pracy i w studiach. Miałam nadzieję, że znajdzie się osoba, która pomoże mnie ten ból wydobyć, ale nigdy nie miałam odwagi prosić o to. Zawsze walczyłam sama z problemami i wolałam pomagać innym niż sobie, ponieważ w sytuacjach kryzysowych tyle razy próbowali mnie wykorzystać.
Teraz znów jestem sama. W mieście, gdzie jest dużo dobrych ludzi, ale nikt do mnie nie przyjdzie. Jestem tu obca. Teraz nie chcę już nic. Nie wychodzę z domu, niszczę siebie w nadzieje, że jak feniks powstanę z popiołu, a może nie.
Na razie jest pustka w głowie i serce wypełnione bólem. Nie ma tam miejsca na nic innego i nie wiem jak się pozbyć tego.